Bloger lifestylowy, to brzmi dumnie. Czy na pewno? Nie wiem i pewnie nigdy się o tym nie przekonam. Myślałam sobie, że lifestyle to takie szerokie pojęcie, że na pewno i dla mnie znajdzie się tam miejsce. Nie przewidziałam jednak, że zmiana nazwy kategorii z „Przemyślenia i marzenia” na „Lifestyle” nie uczyni mnie z miejsca blogerką lifestylową. Jak widzicie od początku było trudno, a potem było już tylko gorzej. 

Dobra, sprawdźmy co podpowiada Google. Czym jest ten lifestyle? Lifestyle według słownika to „styl życia”. Jakże szerokie pojęcie, prawda? Każdy z nas jakiś styl życia ma i temu zaprzeczyć nie można. Zgodnie z moim pogłębionym researchem blogerki lifestylowe piszą o książkach, modzie, urodzie i kosmetykach, podróżach, filmach i serialach, minimalizmie, jedzeniu, sporcie, dzieciach, związkach, organizacji, pracy… czyli właściwie o życiu! A zatem jeżeli piszę o swoim życiu to czy jestem blogerem lifestylowym? 

Mi się nie udało. 

Dlaczego? 

Nie umiem polecać. Często recenzję książek, filmów, czy seriali, które wysyłam znajomym wyglądają następująco: „MUSISZ to przeczytać!!111” Trochę za mało jak na blogowy wpis, nie sądzicie? Kiedy podoba mi się film, mówię, że mi się podobał i według mnie jest dobry. Nie potrafię opisywać poszczególnych scen, zachwycającej gry aktorskiej, momentów zapadających w pamięć. No dobrze, może potrafię, ale żeby wyszedł z tego blogowy wpis, który ludzie chcą czytać, a nie wodolejstwo dobre na sen to nie powiedziałabym. Zachwycam się kiedy czytam fajną recenzję w internecie, która zachęca do przeczytania/obejrzenia, bo ja tego nie potrafię! Zazdrośnie się zachwycam. 

Czy nie przymierzałam się do tekstów blogowych w stylu „polecajek”? A jakże! Jednak jedyne co mogłam napisać o książce, którą chciałam polecić wystarczało na kilka zdań. I to była mordęga!

Kiedyś mogłam pisać o modzie. Miałam epizod kiedy przerabiałam ciuchy upolowane w lumpeksie, łączyłam, kombinowałam, przesadzałam. Ale to było kiedyś. Pisanie o modzie – nie dla mnie. Lifestyle modowy u mnie odpada.

Kosmetyki… Byłabym chyba pierwszą blogerką lifestylową, która nie robi „ulubieńców” miesiąca. Ja miałabym ulubieńców dekady – krem nivea, podkład Rimmel i dezodorant Dove.

Wpisy o związkach, kuchni, organizacji, sporcie chciałabym zostawić… profesjonalistom. Bo jakże mogłabym pisać o rzeczach, które ledwo ogarniam? Chyba, że miałyby to być posty ku pokrzepieniu serc dla innych, którym te dyscypliny życia wychodzą bokiem… Nie wiem tylko jak moje poczucie własnej wartości wytrzymałoby publiczne opisywanie licznych błędów, potknięć i porażek. Do przemyślenia. 

I tak skończyły mi się pomysły na lifestylowe wpisy, a z nimi umarła nadzieja na zostanie blogerką lifestylową. Usunęłam kategorię z bloga, wypłakałam smutki w rękaw wyciągniętej bluzy i wybaczyłam sobie wszelkie niedoskonałości mojego stylu życia.